Wszystko zaczęło się prawie rok temu, kiedy przez zupełny
przypadek trafiłam w Empiku na kalendarz Marthy Stewart „Cupcakes Calendar 2013”.
Zdjęcia babeczek były śliczne i od razu wiedziałam, że kalendarz musi zawisnąć
na honorowym miejscu w mojej kuchni. A jakiż był mój zachwyt, kiedy chwilę
później odkryłam, że oprócz fotografii babeczek, w środku znajdują się też
przepisy na te małe cuda!
Kalendarz powędrował ze mną do domu, a ja postanowiłam, że
pierwszą próbę zmierzenia się z przepisami Marthy podejmę w Walentynki. Jak
postanowiłam, tak też zrobiłam. Pełna zapału zabrałam się za pieczenie. (Nie
był to oczywiście ani mój pierwszy kontakt z piekarnikiem, ani też ze słodkimi wypiekami,
ale miał to być mój babeczkowy debiut). Niestety, nie wiem czy to z powodu
złego tłumaczenia przepisu, czy nieodpowiednich proporcji w nim podanych, ale
babeczki nie wyszły ani smaczne, ani też specjalnie urodziwe.
Mimo pierwszego nieudanego podejścia, nie zniechęciłam się.
Jako że jestem osobą upartą i konsekwentnie dążącą do celu, postanowiłam
próbować dalej. Niezrażona walentynkowym niepowodzeniem, po kilku tygodniach
znów podjęłam walkę, tym razem z zupełnie innym przepisem. Babeczki ślicznie
wyrosły, były przepyszne i wyglądały też całkiem ładnie. Zadowolona ze swojego „dzieła”
postanowiłam kupić aparat fotograficzny (trochę porządniejszy od tego, który do
tej pory dzielnie mi służył), wrzuciłam zdjęcia na Facebooka (no bo gdzieżby
indziej :) )
i zaczęłam się zastanawiać, z którym przepisem będę eksperymentować w następnej
kolejności.
Od tamtej poty minął prawie rok, co tydzień staram się upiec coś nowego i jak dotąd tylko te jedne- pierwsze babeczki mi nie wyszły. Znajomi pół żartem pół serio zachęcają, żebym w końcu zaczęła je sprzedawać. No nie wiem… Może kiedyś… Na razie zebrałam się w końcu, żeby zacząć pisać. Nosiłam się z tym zamiarem już od kilku miesięcy, ale ciągle nie miałam czasu. A jak wiadomo styczeń to czas postanowień noworocznych, więc jeśli nie teraz, to kiedy? :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz